poniedziałek, 20 lipca 2015

Jak oswoić bestię - Florencja, część 1.


Widok z katedralnej wieży

Kiedyś, jedząc sobie lunch w mojej ulubionej Silk Road Cafe w Dublinie, siedziałam niedaleko rodziny z Polski. Pani bardzo chwaliła Dublin za to, że spokojny, kameralny, i że wszędzie jest blisko. "Taka Florencja - to cię wykończy!" powiedziała dla kontrastu. A ja pomyślałam: oj, skądś to znam.
Jakoś zawsze tak było, że lądowałam we Florencji nawet bez specjalnych chęci, jakbym była na to miasto skazana. Pierwszy raz byłam tam jeszcze jako studentka, na warsztatach. Potem zawsze miałam tam przesiadki, i to takie, że trzeba było parę godzin zimować w mieście. Pisząc "zimować", ironizuję, rzecz jasna, bo z reguły żar lał się z nieba wiadrami. To miasto kojarzyło mi się wtedy z ludzkimi korkami, przepłaconym jedzeniem, kolejkami i wykańczającymi muzeami, w których obrazy były byle jak powieszone na ścianach, i było ich o wiele za dużo. Ze swojego pierwszego pobytu najlepiej pamiętam szczura, którego obserwowałam z okien Uffizzi. Próbował przepłynąć Arno, ale bał się kajakarzy. Wpatrywałam się w niego jakieś dwadzieścia minut. Bo ten zwykły szczur, po obejrzeniu tych wszystkich arcydzieł zwalonych na kupę w jednym miejscu, był ucztą dla moich oczu.

A jednak wreszcie, za piątym razem, udało mi się pokochać to miasto. Przekonać się, że ono jest wspaniałe, że można w nim żyć, jeść, pracować. Nauczyłam się wreszcie wspominać je z dreszczem i planować następne wyprawy z nadzieją.

Jak to się stało?

Strażnik placu z karczochami :)

Ano tak, że wreszcie pojechałam tam sama. Miałam czas, i mogłam sobie kluczyć po mieście tyle, ile chciałam. Łaziłam sobie na chybił trafił, miałam też parę rzeczy do załatwienia, musiałam więc zejść z utartych szlaków. Znajdowałam w ten sposób jakieś dziwne miejsca, zakurzone antykwariaty, sale, w których ludzie czytali stare rękopisy, plac, na którym z okna na piętrze wyglądał robot wielkości człowieka, i na którym pierwszy raz w życiu jadłam karczochy. 

Kopuła Duomo widziana z kawiarenki na ostatnim piętrze Biblioteca delle Oblate

A jeszcze w dodatku pojechałam tam pracować. Spotykałam się więc z tubylcami, którzy prowadzili mnie w sekretne, tylko im znane lokalizacje. W poszukiwaniu materiałów do warsztatów docierałam do miejsc, które wreszcie mi się naprawdę podobały. Po pracy szwendałam się okrężną drogą na dworzec, znajdując po drodze to i owo. Dopiero trzeciego dnia sprawiłam sobie mapę, wcześniej po prostu łaziłam, orientując się widocznymi z daleka wieżami kościołów, kopułą Duomo, odległością od rzeki. Jak nie wiedziałam, gdzie iść, pytałam.
O Florenckich muzeach, kościołach i innych atrakcjach będą jeszcze inne posty, dzisiaj natomiast skupię się na  transporcie i związanych z nim smaczkach, bo czuję, że już dość się nagadałam. 

Panorama Florencji z wieży Palazzo Vecchio

JAK DOJECHAĆ?
Najbliższe lotniska, z których możemy się tam dostać z Polski i Irlandii to obecnie Piza i Bolonia. Bilet kolejowy z Bolonii to co najmniej 19 euro, z Pizy - 8,10. Piza wygrywa także częstotliwością kursowania autobusu z lotniska (co 10 minut, w Bolonii co 20) i ceną biletu (w Pizie 1,50 euro, w Bolonii 6).
Podróżujący z mniejszych miejscowości w Polsce (tzn. z takich, które nie mają lotnisk) powinni rozważyć też jazdę autobusem.

Bo to właśnie autobusy we Florencji są naprawdę fascynujące.

Nie martwcie się, jeśli macie wrażenie, że wasz autobus jedzie w złą stronę. Wydawałoby się, że w takim mieście, jak Florencja, powinno się zrobić wszystko, żeby wyprowadzić ruch na zewnątrz ścisłego centrum. Kiedy powstawały te ciasne ulice, nikt przecież nie przewidział istnienia wielkich pullmanów. Nic bardziej mylnego – we Florencji autobus musi najpierw objechać całe centrum dookoła, to nic, że się w nim nie mieści. Rozpoczynanie podróży w kierunku przeciwnym do zamierzonego to norma. To jedyne miasto, w którym, spóźniwszy się raz na autobus, dobiegłam (bez specjalnego wysiłku) na następny przystanek, i tam go złapałam.
Ciągle z rozrzewnieniem wspominam swoją pierwszą podróż, do Colle Val d’Elsa, kiedy to pani kierująca autobusem wysiadła, ręcznie przestawiła skuter, który jej przeszkadzał, po czym wsiadła z powrotem, i ruszyliśmy dalej, a za pięć minut musiała znów się zatrzymać, żeby przestawić słupek ogradzający głębokie wykopy.

SKĄD ODJECHAĆ?
Wszystkie ważniejsze przystanki znajdują się wokół stacji kolejowej Santa Maria Novella. Można stamtąd (z Piazzale Montelungo) dojechać nawet do Polski. (Warto wybrać tę opcję, zwłaszcza, kiedy jest się z ze Śląska, opłaca się wtedy o wiele bardziej, niż samolotem, oszczędza to wiele zamieszania, latania z walizami, a jak ktoś potrafi spać w autobusie, to biorąc pod uwagę godziny lotów z Pyrzowic, może być po tym o wiele bardziej wypoczęty).

ZA MIASTO jedzie się z  dworca, którego oficjalny adres brzmi Via Luigi Alamanni, i stacja nawet rzeczywiście się tam mieści, jednakże jest zabudowana dookoła, a samo wejście jest z innej strony - od Via Santa Caterina da Siena. Gdyby było za łatwo, nie byłoby zabawy, prawda?

PO MIEŚCIE - przystanki są wokół wspomnianej już stacji, ta jest jednak duża, ma więc siłą rzeczy jeszcze większe "wokół", toteż dajcie sobie sporo czasu na odnalezienie się w tym bałaganie. Przypomina mi to trochę sytuację z Torunia, gdzie przystanków "Dworzec Główny" było pewnego czasu dokładnie sześć. Nawet, jeśli wiecie dokładnie, gdzie iść, może to zająć dziesięć minut.Wspomniana już "Trzynastka", która dowiezie pod San Miniato i na Piazzale Michelangelo, jedzie z przystanku dokładnie na przeciwko stacji.

Szerokiej drogi!

Widok z wieży florenckiej katedry

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz